Child L. 2007 - Bez Większego Ryzyka - Opow. z Antologii Aż Śmierć Nas Rozłączy

Dokument: pdf (155.9 KB)
  • 12 stron
Opublikowany 2017-01-03 04:26:59

LEE CHILD BEZ WIĘKSZEGO RYZYKA Opowiadanie z Antologii Aż Śmierć Nas Rozłączy BEZ WIĘKSZEGO RYZYKA Wolfe był typowym dzieckiem miasta. Od urodzenia jego świat składał się z żelaza i betonu. Najpierw jeden kwartał ulic, potem dwa, potem cztery, jeszcze później osiem. Drzewa można było dojrzeć tylko z dachu jego kamienicy, ale daleko, aż za East River, nierealne jak w bajce. Jedynym miejscem ze skoszoną trawą, jakie znał do dwudziestego ósmego roku życia, była płyta boiska stadionu Jankesów. Nie wyczuwał smaku chloru w miejskiej wodzie, jazgot ruchu ulicznego był dla niego kojącą ciszą. I teraz nagle znalazł się na wsi. Każdy poza nim rozpoznałby w tej okolicy typowe tereny podmiejskie, ale zabudowania dzieliła tak duża odległość, że nie sposób było zgadnąć, co twój najbliższy sąsiad gotuje na obiad... chyba że cię na niego zaprosił. Na podwórkach roiło się od robactwa, w pobliżu przemykały jelenie, w piwnicach lęgły się myszy, jesienią wiatr roznosił sterty zeschłych liści, prąd płynął drutami wiszącymi na słupach, wodę czerpało się z własnych studni. Dla Wolfe’a była to wieś. Dzikie ostępy. Koniec długiej i krętej drogi. Drogi, która zaczęła się dwadzieścia trzy lata temu w publicznej szkole podstawowej w Bronksie. Były to czasy, kiedy chłopak wcześnie wyrabiał sobie etykietę: chuligan, nicpoń, rzemieślnik, geniusz. Nadawano ją bez ceregieli i praktycznie raz na zawsze. Wolfe był w miarę wychowany, nieźle radził sobie z arytmetyką i zajęciami w warsztacie, przyczepiono mu więc etykietę rzemieślnika, co pozwalało liczyć, że wyrośnie z niego hydraulik, elektryk albo monter klimatyzacji. Zakładano, że znajdzie sobie sponsora w miejscowym oddziale jednego ze związków branżowych, który wyśle go na kurs czeladniczy, po czym następne czterdzieści pięć lat przepracuje w zawodzie. I właśnie tak się toczyły jego losy. Wybrał zawód elektryka i gdy to się stało, miał już za sobą pierwsze dziesięć z wyznaczonych czterdziestu pięciu lat. A stało się to, że boom budowlany na terenach podmiejskich ostatecznie wyczerpał możliwości miejscowych rodzinnych firm elektrycznych, tradycyjnie złożonych z ojca i syna. Żadnych innych w okolicy nie było. Same małe, rodzinne firemki z jednym pick-upem i matką, która w domu prowadziła całą robotę papierkową. To samo dotyczyło innych branż: dekarzy, hydraulików, murarzy... Wszędzie popyt przerastał podaż. Ale deweloperzy chcieli wykorzystać koniunkturę i nie mogli pozwolić sobie na opóźnienia. Przełknięto więc lokalny patriotyzm, rozesłano wici po miejskich oddziałach związków i wkrótce podwykonawcy wyruszyli furgonetkami po pracowników: wyjazd siódma rano, powrót wieczorem na kolację. Ich oferta okazała się atrakcyjna, bo budżety miejskie były jak zwykle bardzo napięte. Wolfe nie był pierwszym, który się załapał, ale i nie ostatnim. Co dzień o siódmej rano wsiadał do dodge’a caravana pełnego rupieci zostawionych przez dzieci któregoś z miejscowych majstrów. Wraz z nim wsiadała grupka paru chłopaków z miasta. Wszyscy w uporczywym milczeniu odbywali godzinną podróż, choć widać było, że z ciekawością zerkają na przesuwające się za oknami widoki. Niektórzy wysiadali wcześniej, przy domach na niewielkich wymuskanych działkach, inni jechali dalej na północ wśród coraz gęstszej zieleni. Wolfe trafił do ekipy, która wysiadała na samym końcu trasy. Każdy mający nieco więcej pojęcia o przyrodzie wiedziałby bez trudu, że wokół ciągnie się lekko pofalowany teren ze stuletnim lasem, porozrzucanymi tu i ówdzie głazami polodowcowymi, niewielkimi strumykami i małymi jeziorkami. Dla Wolfe’a były to Góry Skaliste. Wszystko wydawało mu się tu niezwykle egzotyczne. Ptaki śpiewały, wiewiórki buszowały w gałęziach drzew, głazy porastał zielony mech, a wszystko pokrywała gęstwina pnączy. Miejscem pracy był drewniany dom z bali, który budowano na dziewięcioakrowej działce. Wszystko tu było inne niż w mieście. Brodziło się w gęstym błocie, a prąd doprowadzony był grubym jak ręka kablem, który rozgałęział się od przewodu rozciągniętego między nasmołowanymi słupami przy drodze. Kabel podłączono do tablicy ze sklejki z licznikiem i skrzynką z bezpiecznikami, która stała wkopana bezpośrednio w ziemię, jak płyta nagrobkowa. Dopływał do niej prąd o natężeniu dwustu amperów. Od tablicy pociągnięto podziemny kabel, który ułożono w wysypanym żwirem rowie, biegnącym wzdłuż przyszłego podjazdu do domu. Podjazd swą długością przypominał Wolfe’owi prostą na torze wyścigów konnych. Potem kabel przechodził przez zatkany deskami otwór w betonowym fundamencie domu i kończył się w pomieszczeniu przyszłej piwnicy. Od tego miejsca zaczynało się królestwo Wolfe’a. Najczęściej pracował w samotności. Budowlańców było niewielu i nikt go nie popędzał podczas montowania instalacji. Dopiero po wszystkim zjawiała się ekipa, która okładała ściany płytami gipsowymi i wracała do poprzednich zajęć. Jego zadanie było tylko małym trybikiem w złożonej maszynerii i to mu bardzo odpowiadało. Robota było łatwa i całkiem przyjemna. Podobał mu się...

Komentarze do: Child L. 2007 - Bez Większego Ryzyka - Opow. z Antologii Aż Śmierć Nas Rozłączy • 0