Aldiss Brian W. - Na zewnątrz

Dokument: pdf (119.8 KB)
  • 5 stron
Opublikowany 2016-12-16 02:45:25

Brian W. Aldiss Na zewnątrz 2 Nigdy nie wychodzili z tego domu. Osobnik nazwiskiem Harley zazwyczaj wstawał pierwszy. Niekiedy w stroju nocnym urządzał sobie przechadzkę po budynku – panowała tu zawsze równa, przyjemna temperatura. Następnie budził Calvina, przystojnego i rubasznego faceta, który robił takie wrażenie, jakby rozporządzał tuzinem talentów, tylko akurat nie korzystał z żadnego. Słowem, akurat taki towarzysz, o jakiego chodziło Harleyowi. Dapple, dziewczyna o zabójczych szarych oczach ,i czarnych włosach, miała lekki sen. Budziła ją rozmowa obu mężczyzn. Wstawała i szła obudzić May, po czym obie schodziły na dół i zabierały się do przygotowywania posiłku. W tym czasie wstawali obaj pozostali domownicy, Jagger i Pief. Oto jak rozpoczynał się każdy „dzień” – nie w związku z przeczuwaniem czegoś takiego jak świt, lecz po prostu wtedy, gdy cała szóstka przechodziła ze snu w stan czuwania. Nigdy się nie nadwerężali w dzień, niemniej położywszy się do łóżek, zapadali w głęboki sen. Jedyną atrakcję dnia stanowiło otwarcie magazynu. Znajdował się on w małej izbie między kuchnią a niebieskim pokojem. Naprzeciw wejścia stały szerokie półki i od nich właśnie zależała ich egzystencja. Tu „pojawiały się” wszelkie dostawy. Zamykali drzwi, ogołociwszy doszczętnie pomieszczenie, i kiedy powracali nazajutrz, wszystko, czego potrzebowali – żywność, bielizna, nowa pralka – czekało na nich na półkach. Należało to do zaakceptowanego porządku ich życia i nigdy nie kwestionowali tego w rozmowach. Tego poranka Dapple i May przygotowały śniadanie, zanim czwórka mężczyzn zeszła na dół. Dapple nawet musiała podejść do szerokich schodów i zawołać Piefa. Tak więc otwarcie magazynu musiano odłożyć do czasu zjedzenia posiłku, bo choć samego otwarcia magazynu nie traktowano jako ceremonii, kobiety obawiały się wejść tam same. To była jedna z tych rzeczy... – Mam nadzieję, że dostanę trochę tytoniu – powiedział Harley otwierając drzwi. – Już mi się kończy. Weszli do środka i spojrzeli na półki. Ziały pustką. – Nie ma jedzenia – skonstatowała May zakładając ręce na osłoniętym fartuchem brzuchu. – Będziemy musieli dzisiaj ograniczyć racje żywnościowe. Zdarzyło się to nie po raz pierwszy. Kiedyś – jak dawno to było?, nie poświęcali uwagi czasowi – żywność nie pojawiała się przez trzy dni i półki pozostawały puste. Przyjęli ów brak ze spokojem. – Zjemy ciebie, May, zanim umrzemy z głodu – oznajmił Pief i wszyscy roześmiali się z tego żartu, chociaż Pief powiedział go już ostatnim razem. Pief to nie narzucający się, niewysoki facecik – nie do zauważenia w tłumie. Skłonność do żarcików stanowiła jego najcenniejszą zaletę. Na krawędzi półki leżały tylko dwie paczuszki: jedna z tytoniem dla Harleya i druga – z talią kart. Harley wsadził pierwszą do kieszeni, drugą zaś zademonstrował, wyjmując karty z opakowania i machając nimi w stronę reszty towarzystwa. – Czy ktoś gra? – W pokera – powiedział Jagger. – W kanastę. – W remika. – Zagramy później – rzekł Calvin. – Zabijemy w ten sposób czas wieczorem. – Gra w karty będzie dla nich próbą sił: będą musieli zasiąść razem wokół stołu, twarzą w twarz. Właściwie nic ich nie dzieliło, ale też nic ich ze sobą nie wiązało, gdy już mieli za sobą tę drobną sprawę – otwarcie magazynu. Jagger włączył odkurzacz i wyczyścił hall, przejechał obok nigdy nie otwieranych drzwi frontowych i wwindował go na górę po schodach, żeby sprzątnąć górny podest; nie dlatego, że było tam brudno, lecz dlatego, że sprzątanie należało do porannych czynności. Kobiety zasiadły wraz z Piefem, debatując chaotycznie, jak ograniczyć racje żywnościowe, potem każdy zajął się swoimi sprawami i utracił kontakt z resztą domowników. Calvin i Harley wyruszyli już na przechadzkę w różnych kierunkach. Dom zaprojektowano źle. Miał niewiele okien, na dodatek były one zamknięte, z szybami nie do zbicia i nie przepuszczającymi dziennego światła. Wszędzie panowały ciemności; światło płynące z niewidocznego źródła zapalało się po wejściu do pokoju – ale najpierw trzeba było pogrążyć się w ciemności. Wszystkie pokoje umeblowano bez ładu i składu, przypadkowymi sprzętami, jakby nie przeznaczonymi do konkretnego pomieszczenia. Pokoje urządzono dla istot pozbawionych celu i taki też panował w nich nastrój. Trudno byłoby dopatrzyć się jakiegoś planu na pierwszym czy drugim piętrze, tak zresztą jak i na długim pustym poddaszu. Tylko przyzwyczajenie mogło zmniejszyć wrażenie labiryntowatości pokojów i korytarza. Co prawda czasu na przyzwyczajenie się mieli aż nadto. Harley spędził dłuższą chwilę spacerując z rękami w kieszeniach. W pewnym momencie natknął się na Dapple. Schylona z gracją nad szkicownikiem po amatorsku kopiowała obraz wiszący na jednej ze ścian – obraz pokoju, w którym siedziała. Wymienili kilka zdań, po czym Harley ruszył dalej. Jakaś myśl tkwiła mu w głowie niczym pająk w pajęczynie. Wszedł do pokoju nazywanego przez nich pokojem z fortepianem i wtedy zdał sobie sprawę, co go nęka. Gdy ustąpiły ciemności, rozejrzał się niemal ...

Komentarze do: Aldiss Brian W. - Na zewnątrz • 0