Rozdział 11

Dokument: pdf (75.8 KB)
  • 11 stron
Opublikowany 2016-11-16 07:08:32

Tłum: mary003 91Rozdział 11. Drzwi otworzyły się punktualnie o 17:58. Siedziała wcześniej w samochodzie i wpatrywała się przez jakieś trzy minuty w zegar na wyświetlaczu, zanim zdecydowała się zapukać. Przybrała na twarz uśmiech i modliła się aby był promienny. Uśmiech jakim odwzajemnił się Ian podpowiedział jej, że się udało. Przebrał się po pracy i miał teraz na sobie czarne dżinsy i szmaragdową koszulkę. Oba ubrania idealnie dopasowały się do jego ciała, podkreślając walory i pogłębiając kolor oczu, które lśniły teraz, jak diament na jego koszulce. Omal nie odebrało jej tchu. Dzięki jego uśmiechowi poczuła nadzieję. Na to, że mogą przejść przez to razem. - Cześć. – powiedziała, gdy się odsunął aby mogła wejść i zamknął za nią drzwi. - Głodna? Mogłaby zjeść konia z kopytami, ale była tak zdenerwowana, jak nastolatka na swojej pierwszej randce. Miała ochotę na coś chińskiego, ale bała się, że może je zwrócić. – Eee… tak i nie. Zrozumiałbyś gdybyś był w ciąży i gdyby buzowały ci hormony. Uśmiechnął się słodko. – Nie naciskam. Jego mieszkanie było klasyczną kawalerką, funkcjonalną i nic więcej. Naprawdę nie spodziewała się niczego nadzwyczajnego, ale jakoś ją niepokoiło. Jeżeli chodzi o motocykl, czyżby był jego jedynym środkiem transportu? Nie, żeby spodziewała się, że od razu kupi samochód, ale… Jezu, czy to w ogóle ma sens? - Nie jestem dobrym kucharzem, więc jeśli chcesz możemy wyjść na miasto albo zamówić coś na wynos. Nie wiedziałem co lubisz. - Nie jestem wybredna. - Albo możemy posiedzieć tutaj i porozmawiać. – powiedział, obserwując ją uważnie i najwyraźniej z łatwością odczytując myśli. - Tak chyba będzie najlepiej. Nie przełknę nic dopóki… chciałam powiedzieć dopóki „tego nie rozgryziemy”, ale nie jestem pewna czy istnieje jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji. Tłum: mary003 92 - A co powiesz na to? – ujął jej ręce w swoje ciepłe, duże dłonie. Spojrzała na niego, zatracając się w jego spojrzeniu. Mimo, że przez koszulkę jego oczy wyglądały na zielone, odnalazła w nich tak dobrze znajomy bursztyn przypominający jej upalny, letni dzień. – Będziemy to rozgryzać dzień po dniu. Nie będziesz musiała zmieniać swoich planów, a ja nie zmienię swoich, ponieważ chyba masz rację – w tej chwili nie mamy żadnego wyjścia. Oboje przeżywamy coś nowego i razem pokonamy ten mrok. Okej. Miał całkowitą rację. – Jestem przyzwyczajona do sprawowania nad wszystkim kontroli. A ta niewiedza mnie dobija. - Ja również jestem do tego przyzwyczajony. – powiedział. – Ale rzadko kiedy coś planuję. Uda nam się, jeśli zaczniesz w to wierzyć. Niemal mogła to zobaczyć. Podobnie, jak jego spokojną siłę prowadzącą ją przez chaotyczne dni. Brian powiedział jej kiedyś coś czego nigdy nie zapomni – że Candace jest jak oko tornada. Była jego spokojem, oparciem, stabilnym środkiem; trzymała go twardo na ziemi. Gabby była przyzwyczajona do buntowniczej osobowości Briana, więc jego zmiana była dla niej całkowitą rewolucją, której sama może zostać zaraz poddana. Jej były narzeczony również był tornadem, ale wirującym obok niej, żyjącym swoim własnym życiem. Nic dziwnego, że im nie wyszło. Może balsam dla jej ognistej duszy stał właśnie przed nią. Była pewna tylko jednego. Nie chciała już dłużej rozmawiać. Chciała, jak najszybciej znaleźć się w jego ramionach. Znowu czytał w jej myślach. Zanim zdążyła się poruszyć, została wciągnięta w jego silne ramiona. Ukryła twarz w zagłębieniu jego szyi i westchnęła na jego zapach. Uwielbiała sposób w jaki pachniał. I sposób w jaki jego krótkie włosy muskały jej palce, miękkie i giętkie po ostatnim prysznicu. Sprawiał, że potrafiła się zrelaksować. - Jesteś szczęśliwa? – zapytał, jego klatka piersiowa uniosła się mocno, gdy się odezwał. – Pomimo całej tej niepewności i utraty kontroli, jesteś szczęśliwa? - Tak. – wyszeptała, przesuwając dłonie w dół jego pleców i przyciągając go bliżej. – Chciałabym żebyś coś wiedział. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam wynik testu, byłam tak przerażona, że spanikowałam. A ja nigdy nie panikuję. Jednak po chwili zrozumiałam, że za żadne skarby nie zmieniłabym jego wyniku. Sądziłam, że już nigdy nie będę szczęśliwa, ale teraz jestem. - Cieszę się. – powiedział. – I przepraszam za to, że zapytałem dlaczego mi powiedziałaś. Cieszę się, że to zrobiłaś. W końcu nie musiałaś tego robić. Mogłaś wrócić do Dallas i o niczym bym się nie dowiedział. Tłum: mary003 93 - W porządku. Ja też przepraszam. Oboje nie wiedzieliśmy, jak się zachować. – czuła się trochę żałośnie, ponieważ jeszcze nigdy nie bała się tak żadnej rozmowy, ale z nim mogłaby się przyzwyczaić. Czuła się przy nim bezpiecznie. Mimo, że było za wcześnie na takie wyznania i myśli, jej serce najwyraźniej miało inne zdanie. Uwielbiała jak gładził ją po włosach, przeczesywał palcami pojedyncze loki, jakby nie mógł się nimi nacieszyć. – Pragnę cię owiniętej wokół siebie. – mruknął, pociągając za nie aby przechylić jej twarz do góry. Przymknęła powieki i wzdychając czekała na pocałunek. – Ale wyrządziliśmy już chyba wy...

Komentarze do: Rozdział 11 • 0