Anderson Poul - Opowieści - Kyrie

Dokument: pdf (339.3 KB)
  • 11 stron
Opublikowany 2017-04-05 21:16:09

Poul Anderson Kyrie Przełożyła Dorota Lutecka Na jednym z wysokich szczytów w Karpatach Księżycowych stoi klasztor pod wezwaniem św. Marty z Betanii. Jego ściany zbudowane są z tutejszego kamienia; ciemne i strzeliste jak zbocze góry wznoszą się ku wiecznie czarnemu niebu. Jeśli podejdziecie tam od strony Bieguna Północnego, przemykając się nisko, by pole ochronne Szlaku Platona osłaniało was od meteorytowego opadu, ujrzycie, jak wieńczący szczyt wieży krzyż sterczy w przeciwną stronę do niebieskiego krążka Ziemi. Nie dobiega stamtąd dźwięk dzwonów – brak tu powietrza. Możecie usłyszeć je w godzinach kanonicznych wewnątrz klasztoru i w położonych niżej kryptach, gdzie maszyny trudzą się nad utrzymaniem warunków przypominających środowisko ziemskie. Jeśli zabawicie tam chwilę dłużej, usłyszycie, jak dzwony wzywają na mszę żałobną. Stało się już tradycją, że u św. Marty odprawia się modły w intencji tych, którzy zaginęli w Kosmosie. Z każdym mijającym rokiem jest ich coraz więcej. Nie zajmują się tym siostry. Służą chorym, potrzebującym, kalekim, obłąkanym – tym wszystkim, których Kosmos zmiażdżył i odrzucił. Pełno jest ich na Lunie; jedni z wygnańców nie mogą już znieść ziemskiego ciążenia, co do innych obawiano się, że są nosicielami zarazy z jakiejś nieznanej planety, jeszcze inni znaleźli się tu dlatego, że ludzie zbyt są zajęci przesuwaniem granic własnego panowania, by tracić czas na swe porażki. Siostry noszą skafandry kosmiczne i podręczne apteczki równie często jak habity i różańce. Dano im jednak trochę czasu na kontemplację. W nocy, gdy słoneczny blask gaśnie na dwa tygodnie, okiennice w kaplicy są rozwarte i gwiazdy przyglądają się przez glasytową kopułę płomieniom świec. Nie mrugają, a ich światło jest lodowato zimne. Zwłaszcza jedna z mniszek przychodzi tu tak często, jak tylko może, modląc się o spokój dusz swych bliskich. Przeorysza dopatrzy zawsze, by mogła być obecna, gdy rokrocznie odprawiana jest msza, którą zamówiła, nim złożyła śluby zakonne. Requiem aeternam dona eis, Domine, et lux perpetua luceat eis. Kyrie eleison, Christe eleison, Kyrie eleison. W skład ekspedycji do Supernova Sagittarii wchodziło pięćdziesiąt istot ludzkich i płomień. Wyprawa przebyła długą drogę z orbity okołoziemskiej, zatrzymując się na Epsilon Lyrae, by zabrać swego ostatniego członka. Od tego miejsca zbliżała się do swego celu etapami. Oto paradoks: czas jest aspektem przestrzeni, a przestrzeń – czasu. Wybuch nastąpił kilkaset lat wcześniej, nim ujrzeli go na Lasthope ludzie, którzy brali udział w trwającym całe pokolenia programie badań cywilizacji istot całkowicie różniących się od nas; pewnej nocy unieśli oczy i ujrzeli światło tak jasne, że rzucało cienie. Po paru stuleciach od tej chwili czoło fali świetlnej osięgnęłoby Ziemię. Byłaby wtedy tak znikoma, że na niebie rozbłysnąłby tylko jeszcze jeden jasny punkt. Jednakże przez ten czas statek przeskakujący ponad przestrzenią, przez którą musiało się wlec światło, mógłby wyśledzić rozciągniętą w czasie śmierć wielkiej gwiazdy. Przyrządy zapisały ze stosownej odległości to, co wydarzyło się przed wybuchem: kolapsująca ognista masa, gdy wypaliły się już ostatki jądrowego paliwa. Jeden skok i ujrzą to, co wydarzyło się stulecie temu: skurcz, burza kwantów i neutronów, promieniowanie równe temu, jakie wydzieliłaby połączona masa stu miliardów słońc tej galaktyki. Promieniowanie zanikło zostawiając po sobie pustkę w przestworzach, a Kruk przysunął się bliżej. Pokonawszy pięćdziesiąt lat świetlnych – pięćdziesiąt lat! – badał kurczący się żar w środku mgły, która świeciła jak błyskawica. Dwadzieścia pięć lat świetlnych później główna kula zmalała jeszcze bardziej, mgławica rozszerzyła się i przygasła. Ale teraz odległość była o wiele mniejsza, więc wszystko wydawało się większe i jaśniejsze. Gwiazdozbiory bladły w porównaniu z oślepiającym żarem, na który nie sposób było patrzeć gołym okiem. Teleskopy ukazywały niebiesko-białą iskrę w sercu delikatnie postrzępionej na brzegach, opalizującej chmury. Kruk przygotowywał się do ostatniego skoku w bezpośrednie sąsiedztwo Supernovej. Kapitan Teodor Szili przeprowadzał swój ostatni krótki obchód. Statek pomrukiwał wokół niego, pędząc z przyspieszeniem 1 g, by osiągnąć wymaganą wewnętrzną prędkość. Buczały silniki, poćwierkiwały urządzenia kontrolne, szumiały wentylatory. Kapitan czuł rozpierającą go moc. Otaczał go jednak obojętny i chłodny metal. Przez iluminatory widać było miriady gwiazd, upiorny łuk Drogi Mlecznej; poza tym próżnia, promieniowanie kosmiczne, zimno bliskie zeru absolutnemu, niewyobrażalna odległość od najbliższego ludzkiego ogniska. Miał zabrać swoich ludzi tam, gdzie nikt przedtem nie dotarł, w środowisko, o którym nikt nie mógł nic pewnego powiedzieć, i ciążyło mu to ogromnie. Zastał Eloise Waggoner na posterunku, w klitce bezpośrednio połączonej interkomem z mostkiem dowódcy. Przyciągnęła go muzyka; kaskada tryumfujących i pogodnych dźwięków, których nie rozpoznał. Stojąc w przejściu ujrzał, ja...

Tagi:

Komentarze do: Anderson Poul - Opowieści - Kyrie • 0