janusz a. zajdel - zabawa w berka(1)

Dokument: pdf (122.6 KB)
  • 9 stron
Opublikowany 2016-12-13 01:31:56

Książka pobrana ze strony http://www.ksiazki4u.prv.pl lub http://www.ksiazki.cvx.pl Janusz A. Zajdel - Zabawa w berka Niecierpliwie patrzyl na zegar, trzymajac glowe na oparciu fotela. Co ona tam jeszcze robi? - pomyslal. - Przeciez juz po trzeciej! Za sciana pobrzekiwalo szklo laboratoryjne, obcasy damskich pantofli stukaly o terakote podlogi. Potem wszystko ucichlo nagle. Wstal zza biurka i ruszyl w kierunku drzwi, lecz ostry ból w lewym kolanie zmusil go do zwolnienia kroku. Utykajac i trzymajac sie klamki wyjrzal z gabinetu na korytarz. Drzwi laboratorium byly uchylone. Z trudem postapil kilka kroków i zajrzal do wnetrza. Tilli stala przed starym sczernialym i peknietym lusterkiem wiszacym obok szafki na odziez laboratoryjna. Odwrócila sie gwaltownie na skrzypniecie drzwi, gdy je szerzej otworzyl. Wlosy miala troche nastroszone, w rece trzymala duzy, czerwony grzebien. Trwala tak przez chwile, jak na migawkowym zdjeciu, a on przygladal sie jej twarzy. - Och, przestraszyl mnie pan, profesorze! - powiedziala z usmiechem i szybko przyczesala wlosy nad czolem. Odwrócona twarza do lusterka sprawdzala jeszcze efekt swych zabiegów. Teraz mógl swobodnie przeniesc oczy na jej zgrabna figure, pozbawiona oslony zbyt szerokiego zazwyczaj, laboratoryjnego kitla. W lekkiej, jasnej sukience wygladala jeszcze lepiej niz zwykle. - Pedze juz! - powiedziala, zbierajac jakies drobiazgi do torebki. - Zasiedzialam sie za dlugo przy chromatografie. O rety, juz osiem po trzeciej. - Zostaw mi klucz od pracowni - powiedzial przepuszczajac ja w drzwiach. - Pan zostaje dluzej, profesorze? Przeciez dzis piatek! - spojrzala na niego zdziwiona podajac klucz. - Przepracowuje sie pan! Tak nie wolno... - W moim wieku, chcialas powiedziec? - Usmiechnal sie smutno. - Powiedz portierowi na dole, ze bede tutaj jeszcze z godzine albo dwie. - Dobrze. Ale... prosze sie nie przemeczac, profesorze! I do zobaczenia w poniedzialek! - Jej duze, ciemne oczy usmiechnely sie przelotnie. Patrzyl za nia, dopóki nie zniknela w drzwiach windy, i dopiero wtedy znowu poczul, ze wciaz rwie go ten fatalny artretyzm. - Nie ma na co czekac dluzej - powiedzial do siebie pólglosem i wszedl do laboratorium, zamykajac drzwi za soba. Przygotowal naczynie z woda destylowana, otworzyl szyfrowy zamek sejfu z truciznami i wydobyl buteleczke z ciemnozielona ciecza, oznaczona symbolem "E" i nalepka z trupia czaszka. Zaczerpnal z niej pipeta odrobine cieczy i odmierzyl dziesiec kropli. Padaly w wode, rozsnuwajac sie w mlecznozielone obloczki. Zamieszal zawartosc zlewki i wrócil z nia do gabinetu, zamykajac po drodze sejf. Teraz wszystko sie rozstrzygnie - pomyslal, stawiajac naczynie na biurku. Zauwazyl, ze dlon drzy mu z emocji, usiadl wiec w fotelu, by sie nieco uspokoic. Jeszcze nie... Za chwile. Opanowal drzenie rak, podniósl sluchawke telefonu i zadzwonil do portiera. - Tu Canter - powiedzial. - Czy móglby pan zajrzec tu do mnie, panie Matti? Potem ujal w dwa palce szklane naczynie, obejrzal pod swiatlo i wychylil jednym haustem polowe zawartosci. Nie miala zadnego okreslonego smaku, ot, jak woda destylowana. Po chwili dopiero poczul lekkie, a potem coraz silniejsze mrowienie w opuszkach palców, przechodzace w wibracje ogarniajaca dlonie az po nadgarstki. - Slucham, panie profesorze! - portier z uszanowaniem zatrzymal sie tuz przy drzwiach. - Prosze tu podejsc, panie Matti. - Canter wyciagnal dlon w strone tegawego starszego mezczyzny. - Dzien dobry panu! Scisnal mocno szeroka, szorstka dlon portiera. Nie poczul wlasciwie niczego szczególnego, tylko sciany pokoju rozmazaly sie na chwile, jak przy szybkim ruchu filmowej kamery, zwanym przez filmowców "szwenkiem". Twarda dlonia Mattiego sciskal teraz swoja wlasna, wiotka i bezwladna, o jasnej skórze pokrytej zóltawymi plamami, ze sladami starych oparzen kwasem azotowym. Oczami Mattiego widzial siebie, spoczywajacego w fotelu za profesorskim biurkiem. Widzial swoje bezwladne cialo, odchylona do tylu glowe z zamknietymi oczami, miarowo poruszajaca sie w oddechu klatke piersiowa. - Wiec jednak dziala! - powiedzial glosno. Uslyszal ten cudzy glos, wyrazajacy jego mysl przez cudze usta i docierajacy do jego swiadomosci poprzez cudze uszy. - Mój eliksir dziala! - powiedzial wsluchujac sie w ten obcy glos. - Bylem tego pewien! To bylo cos wiecej niz eliksir mlodosci, poszukiwany najpierw od wieków przez pokolenia alchemików, potem - biochemików. Mikstura Cantera byla eliksirem niesmiertelnosci. Stal wiec teraz profesor Canter obleczony w cielesna powloke poczciwego portiera Mattiego i patrzyl na swoje stare, schorowane cialo, spoczywajace w fotelu za biurkiem. Mikstura Cantera byla wynikiem dlugoletnich badan nad oddzialywaniem róznych substancji na system nerwowy czlowieka. Byla preparatem powodujacym tak silne pobudzenie mózgu, ze stawal sie on zdolny jak gdyby "wyemitowac" zawarta w nim informacje i przelac ja w analogiczny uklad nerwowy, bedacy niejako odbiornikiem calej informacji stanowiacej osobowosc ludzka. Mózg czl...

Komentarze do: janusz a. zajdel - zabawa w berka(1) • 0