Tomaszewska Maria - Paszcza

Dokument: pdf (220.6 KB)
  • 3 stron
Opublikowany 2016-12-13 07:23:15

Tomaszewska Maria Paszcza Z „Nowa Fantastyka” nr 2(269) – luty 2005 Ona znowu się spóźnia. Po tylu latach wspólnego życia nie mógł już odgadnąć, czy robi to na złość, czy też jest to jakaś organiczna niemożność zdążenia na czas. Po tylu latach wspólnego życia, on, do przesady punktualny, nie potrafił powstrzymać gniewu. Nieodmiennie coraz silniejszym płomieniem buzowała w nim wściekłość z każdą minutą oczekiwania. Ona wiedziała o tym. Czyli jednak złośliwość? - Lubię patrzeć, jak naprężają ci się mięśnie twarzy, gdy usiłujesz powściągnąć wybuch. Tak było ostatnim razem. - Uważaj kochany - powiedziała dziś. - Dostaniesz szczękościsku. Rozewrzyj zęby. No. Masz takie wspaniałe kły. Przerażająca Paszcza jej Boga Sziwy! Ona chce, żebym umarł i został zmiażdżony. Czyli to nie złość i nie wrodzona skaza kazała jej go drażnić. Podświadomie pragnęła jego śmierci. Po prostu za bardzo go kochała i nie mogła udźwignąć ciężaru tej miłości. Patrząc na mnie, myśli o tej Paszczy. - Nie jestem Ardżuną - mruknął. - Wolę Objawienie na Górze Tabor. Zbladła. Ale już tego nie zauważył. Skupił się, skierował wzrok do wewnątrz, aby zacytować prawidłowo święty tekst: Oto widzę, jak Ditaraszny synowie, A za nimi w ślad licznie książęta tej ziemi Bisz Bhiszma i Dorna, i Suty królewski syn lobu z obu walczących stron rycerstwa kwiat Spieszy bezwolnie, by jak w otchłań wpaść W rozwartą czeluść twoich ust, Gdzie kły straszliwe lśnią Ijako żarna olbrzymie Mielą i miażdżą w proch Uwięzie w nich wojowników głowy. - Kpisz sobie z mojej wiary! - Kpię sobie - odparł i wyszedł, pewien, że nie wróci nigdy. Ma dość. Jest przecież gdzieś miejsce na świecie, gdzie czeka na niego miła, łagodna kobieta. Kobieta anioł. No przecież gdzieś taka musi być. Szedł spiesznie, a wszystkie sceny małżeńskie z jego ukochaną żoną w roli głównej wirowały mu w głowie. Od momentu kiedy przyłączyła się do wyznawców Kriszny, te straszliwe kłótnie o wszystko nasiliły się, bo nie poszedł za nią. To nie jest religia dla białego człowieka, ukształtowanego przez zachodnią cywilizację. Zresztą - wielokrotnie sięgał po ten argument, by ją pognębić - gdybyś naprawdę przestrzegała zasad tej wiary, byłabyś łagodna, opanowana, a ty... - Bo ty mi przeszkadzasz. Bo ty mi stajesz na drodze... - Do świętości - zadrwił. - Gdybyś znał mojego guru. - Nie interesują mnie twoi kochankowie. - Ty! On by ci... on by ci pokazał, gdzie jest Prawda. Atakowały obrazy, słowa. Szedł coraz prędzej, w nastroju euforycznym. I w takim nastroju wpadł pod samochód. Ściślej, wpadł do ogromnej, najeżonej straszliwymi kłami paszczy. Znalazł się w wartkim strumieniu ludzi - mężczyzn, kobiet, dzieci wszystkich kolorów i ras. „Jako żarna olbrzymie mielę i miażdżę w proch". Nie! Ja w to nie wierzę. Ja jak Jonasz dotrę do ogromnego brzucha i może... i może... nie kończył tej zbawczej myśli, ale dokonywał cudów, by się prześlizgnąć między kłami, by się nie dać zmiażdżyć. Lawirował między wpadającymi wciąż nieszczęśnikami. Było ich tak wielu, a w nim była tak mocna wola uniknięcia zguby, że osłaniając się innymi jak tarczą, docierał w głąb Paszczy nieuszkodzony, przełyk, byle do przełyku, tam wyjście. Słabł już, kiedy w końcu tam dotarł. Wysunął się, a raczej został wypchnięty na zewnątrz. Ze zdziwieniem stwierdził, że leci w stadzie, tak pomyślał: w stadzie aniołów, on jeden bez anielskich skrzydeł, jakby ogołocony. Nie miał czasu się zastanawiać, bo nagle świsnęła linka, okręciła się wokół niego i ktoś (może coś) zaczął go ściągać w dół. Owszem, jednak ktoś. W dole, zrazu słabo widoczny, bo to było bardzo w dole, stał człowiek w czapeczce bejsbolowej i kwadratowych okularach w czarnych oprawkach. Bez większego, jak się wydawało, wysiłku nawijał na kołowrotek linkę, na którą go złapał. Szkła okularów lśniły złośliwą uciechą. Cieszy się, że mnie złapał. Czyżby żywił się odpadkami z Paszczy? Ugiął nogi w kolanach, by miękko wylądować. Udało się. Znalazł się przed całkiem przyzwoitym domem - spadzisty dach, ganek. A przed domkiem stał bardzo stary człowiek. Zza okularów w czarnych oprawkach patrzyły niesamowicie głodne oczy. - Wreszcie! - powiedział człowiek zaśniedziałym głosem. - Wreszcie się udało. Czekałem całe wieki. Przez całe wieki musiałem tu tkwić i czekać. Ludzie przestali się buntować. - Tu, to znaczy gdzie? - U Bram Raju - odparł bez wahania starzec. - Teraz mogę stąd odejść, bo wreszcie złapałem zmiennika. Nie chciałeś, żeby cię zmiażdżyła, co? - zachichotał. - Ja też nie chciałem. Byłem niedowiarkiem jak ty. I mnie ktoś ściągnął, choć może było całkiem inaczej, ale to nie twoja sprawa - wymamrotał. - Dobra. Zajmiesz moje miejsce, zmienniku. I jak ja będziesz wył z samotności. Piekło to brak Boga, hi, hi. Z innego głodu nie zginiesz. Masz tu niemal wszystko, aby zaspokoić ciało. Oprócz kobiety, hi, hi. U Bram Raju Ziemia jest naprawdę bardzo piękna, kusząca. Tylko pamiętaj: możesz robić, co chcesz. Ale nie wolno ci dotykać tej szafki. Otworzył drzwi na gustownie umeblowane wnętrze. Pośrodku sporeg...

Komentarze do: Tomaszewska Maria - Paszcza • 0