Booth Louise - Billy. Kot, który ocalił moje dziecko

Dokument: pdf (1.0 MB)
  • 175 stron
Opublikowany 2016-12-14 11:02:07

===aVBkATBWYVg6Cz5YPA48BTxebl07A2ZVYldhVDEEPQ8= Zajrzyj na strony: www.nk.com.pl Znajdź nas na Facebooku www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia ===aVBkATBWYVg6Cz5YPA48BTxebl07A2ZVYldhVDEEPQ8= Dla Chrisa, który jest całym moim światem. Dla Frasera i Pippy – moich gwiazdek z nieba. ===aVBkATBWYVg6Cz5YPA48BTxebl07A2ZVYldhVDEEPQ8= Mówię teraz do siebie samej sprzed pięciu lat. Do kobiety, która zmaga się z problemami, rozpaczą i osamotnieniem w marcu 2008 roku, po narodzinach Frasera. Napisałam tę książkę właśnie dla Ciebie. Chcę Ci pomóc uwierzyć, że na końcu pozornie bardzo długiego i mrocznego tunelu czeka nadzieja. Znajdziesz ją, daję słowo. ===aVBkATBWYVg6Cz5YPA48BTxebl07A2ZVYldhVDEEPQ8= Rozdział 1 Billy i Miś To był jasny wieczór na początku lata 2011 roku. Jechaliśmy wzdłuż rzeki Dee, a szkocki krajobraz wyglądał jak na pocztówce. W oddali majaczył najwyższy okoliczny szczyt, Lochnagar, skąpany w cudownym złotym blasku, a słońce zachodzące poniżej mieniło się tysiącem olśniewających barw w ciemnych falach rzeki. Od czasu do czasu mijaliśmy wędkarza zanurzonego po kolana w wodzie, cierpliwie zarzucającego wędkę z nadzieją na złowienie pstrąga i łososia, na które właśnie był sezon. Wtedy nie przyszło mi to do głowy, ale teraz już wiem, że tamtego dnia ja również szukałam szczęścia. Jest takie stare powiedzenie: „Jeśli chcesz schwytać pstrąga, musisz poświęcić muchę”. Mój mąż Chris siedział za kierownicą, a dzieci z tyłu. Pippa miała zaledwie pół roku i spała w swoim foteliku. Naszą uwagę jak zwykle pochłaniał trzyletni Fraser. Rzadko się odzywał, nie odrywał wzroku od dwóch małych zdjęć, które zabrał ze sobą w podróż. Nie byliśmy pewni, czego się po nim spodziewać. Zresztą w przypadku Frasera nigdy nie było pewności. Niecałe dwa lata wcześniej, w sierpniu 2009 roku, u mojego niespełna półtorarocznego syna zdiagnozowano autyzm. Jak wiele autystycznych dzieci Fraser miał problem z komunikacją i często zamykał się we własnym świecie. Dostawał też gwałtownych napadów histerii z najbardziej błahych, jak wtedy uważaliśmy, powodów. Cierpiał również na hipotonię, rzadkie schorzenie mięśni, które sprawiało, że jego stawy były wiotkie i niestabilne. Z trudem wykonywał proste czynności, takie jak chwytanie przedmiotów, i z najwyższym wysiłkiem stał na własnych nogach. O chodzeniu nie można było nawet marzyć. Dopiero w ciągu ostatniego roku zaczął się więcej ruszać, głównie dzięki ortezom, aparatom ortopedycznym, które nosił na łydkach i kostkach. Od półtora roku w jego terapii brał udział mały zespół specjalistów, w tym terapeuta mowy oraz terapeuta behawioralny. Powiedziano nam jasno, że Fraser nigdy nie pójdzie do normalnej szkoły, ale zdołaliśmy znaleźć niewielkie prywatne przedszkole, do którego woziliśmy go dwa razy w tygodniu. Było to dla nas, a szczególnie dla mnie, ogromne ułatwienie, choć w kwestii huśtawki nastrojów i nieprzewidywalnych zachowań Frasera nic się nie zmieniło. Wciąż żyliśmy na krawędzi. Mój syn jest cudownym, uczuciowym chłopcem, z łatwością zjednującym sobie wszystkie serca. Skłamałabym jednak, twierdząc, że nasze życie przypominało sielankę. Przeszliśmy wiele trudnych chwil i nieraz byliśmy wystawiani na próbę. Nigdy nie wiedzieliśmy, co się zaraz wydarzy, jak reagować, zwłaszcza gdy plan dnia Frasera ulegał gwałtownej zmianie. Mogliśmy tylko polegać na intuicji. I właśnie to robiliśmy tamtego dnia, gdy ja i Chris jechaliśmy doliną rzeki Dee w kierunku miasteczka Aboyne. Mieliśmy się tam spotkać z kimś z organizacji na rzecz bezdomnych kotów – Cats Protection. Od zawsze kocham zwierzęta. W dzieciństwie bawiłam się z królikami, psami, kotami, końmi – z każdym czworonogiem, jaki się nawinął. Tego wieczoru, podczas podróży, z zazdrością podziwiałam rozległe tereny Royal Deeside Estates idealnie nadające się do jazdy konnej – zajęcia, które kochałam w młodości i za którym tęskniłam jako bardzo zajęta mama. Jedynym zwierzęciem w naszej rodzinie był wówczas dość gruby i nieco się już starzejący bury kocur o imieniu Toby. Mieliśmy go od dziesięciu lat, pojawił się w domu na długo przed narodzinami Frasera i Pippy. I to właśnie poczciwy Toby podsunął mi pomysł tej wyprawy w nieznane. Nasz kocur robił wszystko, by uchodzić za część umeblowania. Przez większość dnia leżał nieruchomo, zainteresowany wyłącznie dwiema rzeczami: jedzeniem i spaniem. Fraser zaś przez większość swojego krótkiego życia nie wykazywał większego zaciekawienia kotem, podobnie jak resztą otoczenia. Szalał natomiast za wszystkim, co miało kółka albo się kręciło. Potrafił godzinami obserwować wirujący bęben pralki, bawić się starym odtwarzaczem DVD albo obracać koła leżącego do góry nogami samochodziku. Inne zajęcia raczej go nie pociągały. W którymś momencie jednak zauważyłam u Frasera fascynację Tobym. Mój syn kładł się na dywanie koło śpiącego kota, przysuwał do niego głowę, głaskał go i próbował jakoś porozumieć się ze zwierzakiem. Toby nie odwzajemniał tego zainteresowania. Przez pewien czas tolerował intruza wkraczaj...

Komentarze do: Booth Louise - Billy. Kot, który ocalił moje dziecko • 0